W szkole uważności i współczucia

Tekst ten powstał w ubiegłym roku jako artykuł do pewnego czasopisma i ostatecznie nie został opublikowany. Nie jest to zatem klasyczny tekst blogowy. Poczułam jednak potrzebę jego wydobycia z wirtualnej szuflady w tej szalonej szkolnej rzeczywistości roku 2020.

Dedykuję go wszystkim wspaniałym i zaangażowanym nauczycielom, z którymi miałam i mam okazję pracować – zarówno w szkole, jak i w Fundacji Centrum Edukacji Obywatelskiej.


W czasie nauczycielskiego strajku przez polskie ulice, ale też przez współczesne agory mediów społecznościowych przetoczyły się fale dyskusji o szkole i o samych nauczycielach. W jednej z takich dyskusji zaapelowałam o wyważenie stanowisk i próbę zrozumienia, skąd biorą się tak liczne przykłady niewłaściwych czy wręcz przeciwskutecznych nauczycielskich zachowań, którymi ochoczo dzielili się rozmówcy. O to, żeby zobaczyć w nauczycielu człowieka, który zostaje wrzucony w edukacyjny tygiel zazwyczaj bez najmniejszej wiedzy, jak się w nim odnaleźć, wyposażonego niemal jedynie w merytoryczną wiedzę z przedmiotu, bardzo nikłą – i często nieaktualną – wiedzę metodyczną, bliską zeru i czysto teoretyczną wiedzę z zakresu psychologii i pedagogiki, o zagadnieniach neurodydaktycznych czy znajomości procesów grupowych nie wspominając. Najczęściej zostaje z tym zupełnie sam i sięga odruchowo po te środki i metody, po które sięgali jego dawni nauczyciele. Modelowanie bowiem – jak wiemy – działa na proces nauki dużo skuteczniej, niż nawet najpiękniejsze wykłady o „nowoczesnych” metodach nauczania. A skutek, jakiego niejednokrotnie oczekują od niego przełożeni – również ulegający schematycznemu myśleniu o szkole – to nauczenie biologii czy historii albo wręcz realizacja podstawy programowej. Nie uczenie dzieci czy młodzieży, nie nawiązywanie z nimi relacji. „Nie przesadzaj. – Skomentowała mój wywód znajoma psycholog. – Wszyscy mamy trudno. Wszyscy wynosimy ze studiów wiedzę teoretyczną. Nie widzę powodów, żeby niańczyć nauczycieli.”

Nauczyciel w stresie

Badania przeprowadzone w Wielkiej Brytanii wskazują na to, że nauczyciele to druga po policjantach najbardziej zestresowana grupa zawodowa. W Polsce nie jest dużo lepiej. Stres i lęk mogą wywołać już wszystkie wymienione wyżej komponenty pracy nauczyciela. Dodajmy do tego presję czasu, nierealne oczekiwania władz oświatowych, często sprzeczne z nimi oczekiwania rodziców, hałas, ciężar odpowiedzialności, nadmierną biurokrację, ciągłe manipulacje przy podstawach programowych i samym systemie edukacyjnym, których głównym efektem jest chaos i niepewność, no i wreszcie system wynagrodzeń. Moja znajoma rzuciła pracę w korporacji i została nauczycielką. Pierwsze miesiące wspomina jako koszmar: wracała do domu po pięciu lekcjach i marzyła tylko o tym, żeby móc się położyć. Twierdzi, że nawet podczas zamykania projektów w dawnej pracy, kiedy panowała nerwowa atmosfera i nieraz trzeba było siedzieć po godzinach, nie czuła się tak zmęczona. Dlatego kiedy myślę o mindfulness w pracy nauczyciela, po pierwsze przychodzi mi do głowy po prostu redukcja stresu. Mimo że sama jestem nauczycielką MBSR, nie uważam redukcji stresu za świętego Graala programów mindfulnessowych. Po prostu pracując w tym środowisku ponad 25 lat, widzę, że najpierw trzeba spuścić to ogromne napięcie, żeby w ogóle można było mówić o poszerzaniu perspektywy spojrzenia na własną pracę. Co ciekawe, wielu moich kolegów twierdzi, że się nie stresuje. To zazwyczaj ci, którzy tylko „realizują program” bez większego zaangażowania. Cynicy? A może to obronna reakcja zamrożenia? Może symptomy wypalenia, z którego nawet nie zdają sobie sprawy?

Ogromną rolę uważności w pracy z nauczycielami upatruję w odzyskaniu kontaktu z własnymi emocjami i potrzebami. W tym zawodzie potrzeby – nawet podstawowe – są często ignorowane. Przypomnijmy, że nauczyciel w szkole formalnie nie może skorzystać z toalety podczas lekcji (oraz przerw, podczas których ma dyżur), a w przedszkolu jest jeszcze gorzej. Wielu nauczycieli słyszało też złotą zasadę: „Emocje zostawiamy za drzwiami klasy.” I stanowczo za mocno wzięło ją sobie do serca. Wyparte emocje bywają źródłem mniej lub bardziej subtelnej przemocy wobec uczniów, nie mówiąc już o blokowaniu możliwości empatycznego ich zrozumienia.

Łamanie schematów

W ćwiczeniach mindfulness przyglądamy się naszym myślom i przekonaniom oraz uczymy się, że są tylko tym, czym są: myślami i przekonaniami, a nie obiektywnymi prawdami na temat rzeczywistości. To doświadczenie jest dla wielu osób niezwykle uwalniające. Zaprasza do zadawania sobie pytania: „A co, jeśli…?”, otwierającego bramy ciekawości – również na wielu polach nauczycielskiej pracy. A co jeśli ten uczeń ma potencjał, którego nie dostrzegłem? A co, jeśli uczeń „trudny” wcale nie robi tego złośliwie? A co, jeśli zastosuję inne metody niż dotychczas? A co, jeśli spróbuję?… Nauczyciel, w którym żywa jest postawa „nie wiem”, nauczyciel z umysłem początkującego to potencjalny nauczyciel-poszukiwacz, eksperymentator, jednostka kreatywna, która podobne postawy modeluje u swoich uczniów. To także nauczyciel, który jest w stanie zakwestionować swoje dotychczasowe sposoby postępowania i zapytać się siebie uczciwie: Co ja właściwie robię? Jak to, co robię, wpływa na mnie? Jak to wpływa na moich uczniów? Czasem zadanie sobie tych pytań i przyjęcie odpowiedzi może wymagać sporej dozy samowspółczucia i życzliwości wobec siebie. Jednak powiedzmy otwarcie: trudno sobie w ogóle wyobrazić szkołę przyjazną uczniowi i nauczycielowi bez współczucia.

Współczująca obecność

Często nauczyciele „radzą sobie” ze szkolną rzeczywistością budując ścisłe podziały na „my” i „oni”, przy czym „oni” oznaczają uczniów, czasem ich rodziców, czasem dyrekcję placówki. Tak jakby sami nigdy nie byli uczniami. Tak jakbyśmy nie mieli wszyscy tego samego celu. Praktykowanie uważności, a nade wszystko współczucia (compassion) pomaga zejść z piedestału, uwolnić się z kieratu surowości wobec samego siebie, a następnie przyjąć współczującą i życzliwą postawę również wobec wychowanków – z całą ich kruchością. Wielu nauczycieli panicznie boi się popełnienia jakiegokolwiek błędu i oczywiście wymagają „bezbłędności” również wobec uczniów. Tak jakby popełnianie błędów nie było częścią ludzkiej kondycji i – co niezwykle istotne w tym kontekście – uczenia się.

Ostatecznie bowiem na najgłębszym poziomie w procesie edukacyjnym nie spotyka się przecież matematyk, polonista czy geograf z jakimś abstrakcyjnym uczniem, tylko człowiek z człowiekiem. Uświadomienie sobie tej fundamentalnej prawdy nie odziera nas z mitycznego autorytetu, lecz przenosi cały proces na właściwą płaszczyznę: płaszczyznę relacji, w której obie strony uczą się od siebie nawzajem.

Załóż maskę najpierw sobie

Mimo wszystkich trudności wynikających z systemu, z utrwalonej koncepcji szkoły, z odziedziczonych schematów zachowań i ogólnego klimatu społecznego wokół edukacji jest wielu nauczycieli, którym się chce, którzy się angażują, którzy mają odwagę popełniać błędy, którzy z szacunkiem podchodzą do drugiego człowieka, któremu system przypisał rolę ucznia. Ci najbardziej są zagrożeni wypaleniem zawodowym. I w dodatku mało kto im mówi: „Zadbaj o siebie. To, co robisz, jest ważne. Jednak jeśli nie zapewnisz sobie tego, co cię wspiera, zabraknie ci energii, aby wspierać innych. Musisz mieć z czego dawać.” Wielu z nich fascynuje się również uważnością, bo wierzą, że znajdą w niej narzędzia, które pomogą rozwijać potencjał ich uczniów. Tym właśnie nauczycielom o wielkich sercach chciałabym powiedzieć: „Załóż maskę najpierw sobie.” Nie przekażesz swoim wychowankom czegoś, czego sam nie praktykujesz. Najpierw zajmij się swoim stresem, do którego masz w tym zawodzie naprawdę mnóstwo powodów. Naucz się lepiej rozpoznawać swoje emocje i mądrzej sobie z nimi radzić. Naucz się zarządzać swoją uwagą, żeby nie siedzieć w myślach cały dzień w szkole. Nie ufaj wszystkim swoim myślom. Zadbaj o to, co cię karmi. Bądź dla siebie życzliwy i współczujący. A potem, osadzony w swoim własnym życiu, możesz tego uczyć także swoich uczniów.

Na koniec pozwolę sobie przytoczyć słowa wybitnej pedagożki, cudownej empatycznej nauczycielki, pani Anny Radziwiłł, której uczennicą miałam szczęście być kiedyś i ja:

„Jeśli zgodzimy się, że celem szkoły jest pomaganie w rozwoju osób ludzkich, to podstawowym wymogiem dla nauczyciela stanie się podporządkowanie temu celowi własnych działań. Można tu sformułować swoistą wersję imperatywu kategorycznego w wydaniu nauczycielskim, którą warto potraktować jako normę naszych działań. Brzmiałaby ona tak: starać się tak postępować, jakby się chciało, aby postępowali wychowankowie.”

Nie, nie ma powodów, żeby niańczyć nauczycieli. Wystarczy dostrzec ich i ich problemy. I wesprzeć, oferując im swoją uwagę i prawdziwe współczucie – tak bardzo różne od litości. Mindfulness i compassion to dwie postawy, których rozwijanie w środowisku nauczycielskim mogłoby doprowadzić do niezwykłych zmian. Bo uważni i współczujący nauczyciele przekazywaliby takie nastawienie do rzeczywistości swoim uczniom. „Szczęśliwi nauczyciele zmieniają świat” – jak głosi tytuł książki Thich Nhat Hanha i Katherine Weare, poświęconej uważności w szkole. Czy to nie byłaby rewolucja?…

Dodaj komentarz