Uważność w wersji light, czyli czemu jedzenie czekolady nie wystarczy…

jak ćwiczyć uważność

Medytacja z czekoladą

Weź tabliczkę czekolady i ułam jedną kostkę. Usłysz dźwięk przełamywanej tabliczki. Przyjrzyj się dokładnie oddzielonej kostce, jakbyś widział/-a czekoladę po raz pierwszy w życiu. Zainteresuj się kolorem, fakturą, kształtem (zauważ nierówne brzegi kostki, a może i zniekształcenia od ciepła Twoich palców…). Następnie podnieś kostkę do nosa i zacznij wąchać… Możesz zauważyć, co dzieje się w Twojej jamie ustnej, kiedy tak napawasz się zapachem… Teraz nadgryź kawałeczek, koncentrując się na wrażeniach, płynących z kontaktu zębów – a może i warg – z czekoladą. Pozwól, aby ten kawalątek rozpuścił się w Twoich ustach – badaj go językiem, rozsmarowując na zębach i podniebieniu… Następnie ugryź kolejny, nieco większy kawałek i spróbuj go pogryźć, zanim się rozpuści. Jakie to wrażenie? Jak teraz czujesz smak w porównaniu z pierwszym kawałkiem? To, co jeszcze Ci zostało, raz jeszcze obejrzyj… powąchaj… dotknij do warg… a następnie zdecyduj, jak chcesz to zjeść – jak sprawić, żeby to było naprawdę uważne jedzenie?… Po zjedzeniu całej kostki, przymknij na chwilę oczy i sprawdź, jak się masz po tym ćwiczeniu. Jak się czuje Twoje ciało? Jakie pojawiają się myśli i emocje?

Jak ćwiczyć uważność? Formanie i nieformalnie!

Takie ćwiczenie nazywamy medytacją, bo zakorzenia ćwiczącego w chwili obecnej – dokładnie takiej, jaka właśnie jest. Zwraca ono uwagę na konkretne doświadczenie. Dodajmy: bardzo zmysłowe doświadczenie, w którym wyłączamy automatyczne postrzeganie i staramy się przeżyć tę właśnie chwilę z pełną świadomością i tak zwanym umysłem początkującego. Tak, to niewątpliwie cechy medytacji w ujęciu uważnościowym. Takie ćwiczenia mindfulness nazywamy nieformalnymi, w odróżnieniu od ćwiczeń formalnych, takich jak choćby medytacja z uwagą na oddechu czy skanowanie ciała. W ćwiczeniach nieformalnych chodzi o zastosowanie uważności w codziennych czynnościach życiowych, takich właśnie jak jedzenie, picie czy kąpiel. W tym tkwi ich moc! Ostatecznie uważność nie jest jakąś techniką, lecz postawą życiową, a gdzie ma się ona przejawiać, jak nie w życiu właśnie? Nieformalne ćwiczenia pozwalają doświadczać – jak lubię powtarzać – więcej życia we własnym życiu. I o to chodzi.

Nie dziwi zatem, że to właśnie te nieformalne praktyki cieszą się największym zainteresowaniem osób, które zaczynają się interesować uważnością. I to nie przypadek, że moje artykuły o tym, jak ćwiczyć uważność w życiu codziennym, cieszą się niezmiennie największym powodzeniem. W dodatku uważne wykonywanie codziennych czynności sprawia zazwyczaj, że stają się one przyjemniejsze, że pozwalają bardziej cieszyć się z drobiazgów. Zatem przyjemne z pożytecznym, można by powiedzieć.

Czy więc jedzenie czekolady nie wystarczy?…

Cóż, zależy do czego. 🙂 Do tego, żeby było miło – oczywiście wystarczy. Jednak nie do tego, żeby móc powiedzieć, że tak na poważnie ćwiczy się i wdraża uważność w swoim życiu. Zatrzymywanie się na poziomie tylko i wyłącznie praktyk nieformalnych jest niemal jak palenie w piecu banknotami – owszem, da się, tylko trochę szkoda… Mindfulness bowiem może dać nam znacznie, znacznie więcej niż trochę więcej radości z kawałka czekolady. I dlatego ograniczanie się do praktyk nieformalnych nazwałam „uważnością w wersji light”. Uważnością mocno niepełną. Owszem, nawet podczas ćwiczeń nieformalnych mogą pojawić się pewne głębsze refleksje („Ile przyjemności mi w życiu umyka, bo ciągle gdzieś pędzę!”, „Gdybym jadła na co dzień w ten sposób, jadłabym mniej…”, „Kiedy zwalniam, nagle widzę więcej!” itp.). Mogą one być niezwykle istotne i doprowadzić do małych, a nawet nieco większych zmian w życiu. Nie zamierzam tego podważać. Zwróć jednak uwagę, że wszystkie ćwiczenia nieformalne kierują naszą uwagę przede wszystkim na zewnątrz, a tymczasem największe korzyści z uważności odniesiesz, ucząc się obserwować, co dzieje się wewnątrz Ciebie – w Twoim ciele, myślach i emocjach. I to wcale nie tylko to, co jest przyjemne…

Moc praktyki formalnej

„Czujemy się tak, jakbyśmy wchodzili na nowe terytorium, którego do tej pory nie znaliśmy albo którego istnienie jedynie niejasno podejrzewaliśmy; jest w tym obszarze prawdziwe źródło pozytywnej energii koniecznej do zrozumienia samego siebie i zdrowienia. Co więcej, łatwo tam dotrzeć. Ścieżką jest nasze własne ciało, umysł i oddech.”

(Jon Kabat-Zinn, Życie – piękna katastrofa)

Wiem, wiem… Ciągle eksploatuję ten cytat, ale to dlatego, że według mnie doskonale obrazuje moc uważności, odkrywaną dzięki systematycznej praktyce formalnej. Zrozumienie samej siebie jest – dla mnie przynajmniej – ważniejsze i cenniejsze niż nawet orgazmiczna przyjemność z kawałka czekolady czy uważnego prysznica (uwielbiam uważny prysznic!). Mówimy tu o pogłębianiu kontaktu ze sobą z każdym kolejnym – świadomie wziętym – oddechem. Coraz lepszy kontakt z ciałem pozwala nam coraz lepiej rozumieć wysyłane przez nie sygnały, w tym także – co dla wielu osób jest zaskakujące – lepiej rozpoznawać emocje. Obserwacja zmieniających się emocji i towarzyszących im myśli to z kolei droga do rozpoznania swoich schematów myślenia oraz działania, co w efekcie pozwala na eliminację tych, które nam nie służą. Wglądy pojawiające się dzięki formalnej praktyce medytacji sięgają naprawdę głęboko i prowadzą – jak pisał Kabat-Zinn – do zdrowienia na bardzo różnych poziomach. Uzdrowieniu może ulec Twój stosunek do samego/samej siebie, do innych ludzi, do Twojej pracy, dzieci, współmałżonka itd, wzmocnić się może Twoja odporność psychiczna (rezyliencja), ale także zdrowie fizyczne. Dziś już wiemy, że medytacja to nie żadne czary mary, jak wciąż wiele osób uważa, ale technika wpływająca na aktywność mózgu, swoista gimnastyka dla niego. Nie ulega też dziś wątpliwości, że wzajemne oddziaływanie na siebie ciała i umysłu jest znacznie mocniejsze, niż sądzono przez lata.

No ale medytacja (formalna) jest trudniejsza niż jedzenie czekolady!

Na czym polega ta trudność? Podejrzewam, że każdy wie, jaka jest podstawowa formalna praktyka medytacyjna: obserwacja oddechu chwila po chwili. To może być 5 minut. Krócej, niż napraaawdę uważne zjedzenie kawałka czekolady. Jednak jeśli dopiero zaczynasz, prawdopodobnie Twoje myśli zaczną od razu uciekać. Ba, może się tak zdarzyć, nawet jeśli masz już jakieś doświadczenie medytacyjne. Większość z nas (zwłaszcza tych na początku drogi) potraktuje to jako porażkę (no przecież miałam się skupiać na oddechu!), zacznie się denerwować, złościć, odczuwać frustrację, obwiniać siebie lub „to głupie ćwiczenie”. Niefajne? Ależ tu się właśnie zaczyna przygoda! Przecież moją intencją jest obserwacja nawyków umysłu, właśnie tego, co mi podsuwa – nie tylko w tej krótkiej chwili medytacji, ale i na co dzień, kiedy coś idzie nie po mojej myśli. Po prostu obserwuj. Nie utożsamiaj się z tą gadaniną umysłu, tylko obserwuj. Spróbuj nie oceniać (ani siebie, ani ćwiczenia), ale jeśli zauważysz, że to ocenianie się pojawia, zauważ je i wróć do obserwacji oddechu. No, cóż… medytacja należy do tych elementów życia, do których jak ulał pasuje określenie „proste, ale niełatwe”. O tym, jak można sobie trochę ułatwić ten początek drogi, możesz przeczytać w tym artykule.

Wracając do czekolady…

Bo do tej czekolady w końcu trzeba wrócić. I do prysznica branego uważnie. I do uważnego spaceru. A najbardziej do uważności w rozmowach, w kontaktach z innymi, w załatwianiu codziennych spraw, podejmowaniu codziennych decyzji… W medytacji nie chodzi przecież o to, żeby „pielęgnować siebie od środka tak, jak się pielęgnuje paznokcie”, jak pisała kiedyś o życiu duchowym Anna Kamieńska. Ostatecznie trzeba wstać ze swojej poduszki medytacyjnej czy krzesła i wprowadzić uważność w życie – tyle że na głębszym poziomie, niż gdybyśmy od tej czekolady zaczęli i na niej skończyli. Chodzi o to, żeby wprowadzać ją w życie także – a może zwłaszcza – w sytuacjach trudnych, wymagających, stresujących. Ot, w całym spektrum naszych ludzkich doświadczeń. Więc gdybyś miał/-a utknąć na poduszce… to już lepiej zostań przy jedzeniu czekolady.