Uważność w (bliskich) relacjach, czyli wpis na Walentynki

Medytacja bliskości

„Nie wstajemy. Słucham oddechu i bicia serca, czuję rozgrzane ciała, które wciąż pamiętają naprężenie sprzed kilku godzin. Przeciągam się za każdym razem, gdy umysł tworzy listę rzeczy do zrobienia i próbuje wskoczyć w tryb działania. Obserwuję myśli, że jest tyle spraw do załatwienia. Dotykam jego pleców i patrzę. Na zarost i włosy przytulone do szyi. Nie wstaję dopóki nie uświadamiam sobie, że zrobię tylko to, co konieczne.” – napisała na swoim profilu facebookowym Today Yoga & Mindfulness, Angelika Kucharska. 

I kiedy myślę o uważności w kontekście relacji to przed oczyma stają mi z jednej strony takie sytuacje, o jakich pisze (wielokrotnie zresztą) Angelika. Sytuacje bliskości z ukochaną osobą. Mindfulness to całkowite zanurzenie się w tym, co jest teraz. A więc całą sobą odczuwam fizyczną bliskość. Dotyk. Zapach. Ciepło. Smak. Dźwięki. Widoki. Ruch. Wszystko. Cała symfonia doświadczeń. To nie jest czas na ocenianie siebie czy jego. To jest czas na bycie razem, na akceptację (i siebie, i drugiej osoby), na całkowite otwarcie się – bez uprzedzeń, krytyki, bez potrzeby osiągnięcia czegokolwiek… I – na litość boską! – bez porównywania! Bez porównywania, jak było wczoraj czy przed tygodniem, bez porównywania z kimś innym, bez porównywania ze mną młodszą o lat 10 czy 20. Przecież tutaj, w tej absolutnie unikalnej chwili, jesteśmy tylko my dwoje – tacy, jacy jesteśmy teraz! Och, odpuść sobie i po prostu bądź! Z całą naturalnością i swobodą, na jaką Cię stać. Tak intymne chwile wspaniale pomagają zrozumieć ideę uważności: spójrz, to BYCIE – bycie razem – tak wiele zmienia. Tak wiele tworzy. Tak wiele umacnia. Kiedy to sobie uświadomisz, może zaakceptujesz fakt, że chwile poświęcone na bycie właśnie, na świętowanie własnego istnienia, własnego życia są równie ważne, jak te poświęcone planowaniu, działaniu i załatwianiu spraw. Nie sądzisz?

Co się właściwie dzieje?

Druga kwestia, która jest kluczowa dla uważności w relacjach (nie tylko zresztą tych partnerskich) kojarzy mi się z sytuacją na jednej z dużych, międzynarodowych imprez tangowych. Byłam już zmęczona, miałam ciężki tydzień, a akurat nikt nie chciał ze mną tańczyć i miałam wrażenie, że marnuję tu swój czas i pieniądze. Zaproponowałam M., żebyśmy zatańczyli i… też mi odmówił. Co zdarza mu się zresztą niezwykle rzadko. Bliska płaczu wypadłam z sali, żeby się przynajmniej nie poryczeć publicznie. M. wybiegł za mną, złapał mnie za rękę i spytał po prostu: „Co się dzieje?” To pytanie było jak kubeł zimnej wody i przywróciło mnie do stanu uważności. No właśnie: co się tak naprawdę dzieje? Co to za emocje? Czy wiem, skąd się wzięły? Czy nie stoją za nimi jakieś nieuzasadnione oczekiwania? (Pamiętasz, co pisałam o oczekiwaniach?) Niezależnie od tego, czy znam genezę tych emocji, czy nie – czy mogę sobie pozwolić po prostu na to, żeby je przyjąć, a jednocześnie nie reagować automatycznie pod ich wpływem? Bo naprawdę strzelanie fochów niczego nie rozwiąże. Choćby dlatego, że emocje nie są problemami do rozwiązania. Zrzucanie na kogoś odpowiedzialności za moje uczucia jest jeszcze głupszym pomysłem. Więc?…

Uważność jest właśnie rozpoznawaniem, co się dzieje. Co się dzieje we mnie i wokół mnie w tym konkretnym momencie. Możesz wzruszyć ramionami, że to przecież oczywiste, ale… wcale tak nie jest. Zbyt często wszyscy – i kobiety, i mężczyźni – dajemy się porwać falom uczuć: złości, smutku, frustracji, pożądania, lęku… Zanim zdamy sobie z tego sprawę, już na kogoś wrzeszczymy, zamykamy się w sobie, zaślepieni dokonujemy wyborów zgubnych dla nas samych lub/i naszego związku. Trening uważności pozwala nam lepiej i szybciej rozpoznawać impulsy, które nas mogą zaprowadzić tam, gdzie wcale nie chcielibyśmy się znaleźć. W wielu związkach wystarczy iskra, żeby natychmiast wywołać awanturę, w której partnerzy zaczynają ranić się aż do głębi duszy. Te rany bardzo trudno jest potem uleczyć. Bo też im bliższa relacja, tym bardziej jesteśmy podatni na zranienia. „Przepraszam – mówisz – poniosło mnie.” I czujesz, jak to jest dramatycznie niewystarczające. A tymczasem możesz nie dać się ponieść. W tej sytuacji z milongi mnie już trochę poniosło, ale zdążyłam wyhamować, zanim zrobiłam lub powiedziałam coś głupiego. To często wystarczy. Zdążyłam zamienić niesprawiedliwe: „A bo Ty…” na prawdziwe: „A bo ja…” Bo jestem zmęczona. Bo czuję złość i smutek. Bo pojawił się we mnie lęk, że jestem niewystarczająca. I w tym momencie zabolało mnie, że mi odmówiłeś.

Dlaczego to działa?

Kiedy medytujesz w duchu mindfulness, przyglądasz się swoim myślom, emocjom oraz powiązaniom między nimi. Zauważasz, jak w Twojej głowie pojawiają się myśli… i jak odchodzą, jeśli nie dajesz się w nie „wkręcić”. Wkręcaniem się nazywam sytuację, kiedy pojawia się np. myśl: „Muszę napisać raport!”, a ja zaczynam kombinować: „O, rany! To muszę się za to zabrać natychmiast! Mam dziś jeszcze tyle do zrobienia. Szef na pewno wezwie mnie w tej sprawie z samego rana, a ostatnio, kiedy mnie wezwał…” itp, itd. Kiedy w laboratoryjnych warunkach medytacji obserwujesz, że pojawia się myśl: „Muszę napisać raport!” możesz się jej przyjrzeć jak jednemu z wielu zdarzeń w umyśle i pozwolić jej odejść. Jeśli nawet dasz się trochę wkręcić, to znów: możesz zauważyć, że się wkręcasz i przerwać ten łańcuszek. Sama obserwacja tego procesu jest niezwykle pouczająca: uczysz się, jak działa Twój umysł, jakimi chodzi ścieżkami. I nie ma się co wkurzać na niego. Wiedza stopniowo da Ci nad nim władzę. Zauważ, że „wkręcanie się” jest napędzane przez emocje, które są wywoływane przez myśli. Ale także emocjom możesz pozwolić odejść. Zauważyć: „O, pojawił się we mnie lęk, że nie zdążę i że szef będzie miał pretensje.” Uznane emocje łatwiej dają nam spokój. Ta zdolność do obserwacji i zauważania momentów, kiedy zaczynamy (czy już zaczęliśmy) się wkręcać w kołowrotek myśli i emocji, przenosi się z poduszki medytacyjnej na codzienne życie. Nawet nie wiecie, jakie to wspaniałe słyszeć od uczestników kursów mindfulness, że nauczyli się zauważać tę mikroprzestrzeń pomiędzy bodźcem a reakcją i dzięki temu już tak często nie reagują nawykowo, ale świadomie odpowiadają na to, co ich spotyka.

On mnie nie kocha!

Na siódmym spotkaniu kursu MBSR mówimy o uważnej komunikacji. Uczestnicy dzielą się na nim trudnymi sytuacjami w komunikacji z drugą osobą. Nie po to, żeby się tylko wygadać. Po to, żeby przyjrzeć się z pewnym dystansem temu, co się właściwie zadziało. Pytają siebie o emocje, które towarzyszyły temu zdarzeniu i o myśli, które się wówczas pojawiały. I wiecie co? Chyba większość tych sytuacji na moich kursach dotyczyło relacji z mężem/żoną, chłopakiem/dziewczyną, partnerem. Nic dziwnego. Właśnie ze względu na naszą wyjątkową podatność na zranienia w bliskich związkach. Jesteśmy gotowi wyciągać bardzo daleko idące wnioski – „On mnie nie kocha!”, „Ona mnie nie szanuje!” – z takich faktów jak niepozmywane naczynia, prośba o gaszenie światła czy nawet odmowa tańca. 😉 Tak bardzo gdzieś podświadomie boimy się odrzucenia, że nasz umysł tropi je w najdrobniejszych życiowych sytuacjach. Zanim zdążymy sobie uświadomić, jakie to kuriozalne, lęki już przejmują nad nami kontrolę. Ale zobaczenie tego, co uruchamia w nas te lęki i jak reagujemy na nie agresją bądź ucieczką, jest bezcenne. Po kilku/kilkunastu, może kilkudziesięciu takich obserwacjach już nie damy się umysłowi nabić w tę samą butelkę.

Pytaj o potrzeby

Uczestnicy siódmego spotkania MBSR zadają sobie też pytanie o potrzeby, które miały obie strony konfliktu. Odpowiedź na nie nie jest łatwa, ale otwiera niezwykle szerokie perspektywy. Jaka była Twoja potrzeba? – pytam. „No, żeby on pozmywał te naczynia! Przecież obiecał!” A tymczasem warto tu się dokopać do potrzeb rozumianych w duchu porozumienia bez przemocy Marshalla Rosenberga: jaka głęboka potrzeba sprawiła, że te niepozmywane naczynia stały się problemem? Poczułaś, że on nie słucha co do niego mówisz? A więc Cię nie szanuje? A może naruszona została Twoja potrzeba bezpieczeństwa, bo obiecał, a okazało się, że nie możesz na nim polegać? Wtedy dopiero zaczynamy rozumieć, czemu czasem robimy z igły widły. I… możemy sobie okazać trochę współczucia. Albo i więcej niż trochę. Ale pytanie brzmi też: czego potrzebowała ta druga strona? Im więcej w nas empatii, tym łatwiej można dostrzec, że intencją drugiej osoby wcale nie było skrzywdzenie nas. Trening mindfulness kroczek po kroczku rozwija w nas postawę współczucia dla innych i siebie samych. To wartości nie do przecenienia w budowaniu relacji. To akceptacja tego, że jesteśmy ludźmi, a z tym się wiąże ogromny potencjał, ale i poważne ograniczenia. Tak po prostu jest.

Co więc weźmiesz dla siebie z takiego uważnego podejścia do relacji? A może co już wzięłaś/wziąłeś? (Choć ten artykuł wydaje mi się dramatycznie wprost kobiecy… M. zresztą powiedział ostatnio, że wyraźnie piszę w stylu, który przemawia raczej do kobiet… Serio? Też tak myślicie?) Życzę Ci uważnych Walentynek, cokolwiek to dla Ciebie na teraz znaczy. 🙂

Jeśli spodobał Ci się ten artykuł, skomentuj go, udostępnij znajomym, zapisz się na newsletter, żeby być na bieżąco z nowościami na Stacji Teraz oraz mieć dostęp do unikalnych darmowych materiałów dotyczących uważności (mindfulness).