Uważne zapiski, czyli bullet journal podany w mindfulnessowym sosie

bullet journal

Epidemia bujoholizmu zatacza coraz szersze kręgi w polskim społeczeństwie. Dotyka głównie kobiet, ale nie tylko – w końcu to narzędzie w żaden sposób nie jest lepsze dla pań, niż dla panów, a i stworzył je mężczyzna. Narzędzie – do czego? Do zarządzania czasem? Sobą w czasie? Planami? Celami? Wspomnieniami? Wyrabianiem nawyków?… Mówiąc najprościej: do wszystkiego, do czego zechcesz go użyć. TY i nikt inny. Bo jest to system, który możesz w stu procentach dostosować do siebie.

Ab ovo

Czym jest bullet journal? Mówiąc skrótowo: połączeniem kalendarza i dziennika. Więcej nie napiszę, bo wszystkie artykuły w sieci (a są ich setki!) zaczynają się od bardzo podobnych definicji i obowiązkowo od filmiku twórcy systemu, Rydera Carolla. Powołam się lepiej od razu na bullet-journalowy autorytet, Kasię Mistacoglu z WorQshop i odeślę do jej artykułu (znajdziecie u niej całą kategorię artykułów na ten temat). Kasia nazywa bullet journal (dla przyjaciół: „bujo”) planerem idealnym, ze względu na prostotę, funkcjonalność oraz – no, właśnie – możliwość dostosowania do siebie. Bierzesz notes, długopis i po prostu robisz listy zadań do wykonania w danym dniu/tygodniu/miesiącu.

Aż za proste?

Jeżeli pierwszy raz słyszysz o bullet journalu, to możesz przecierać oczy ze zdumienia: tysiące osób (w grupie Bullet Journal Polska na Facebooku jest obecnie ponad 8 tys. członków) oszalały na punkcie robienia list w zeszycie? To żart?… Większość ludzi robi przecież listy „to do”: na kartkach, w kalendarzach, wreszcie w programach komputerowych i aplikacjach mobilnych.

„Wynalazkiem” Rydera Carolla był teoretycznie system znaczników (bullets), które pozwalały na proste oznaczanie spotkań, wydarzeń czy zadań (rozpoczętych, zakończonych czy – uwaga! – przeniesionych). Ale tak praktycznie za największe osiągnięcie autora bullet journala uważam… uwolnienie kreatywności milionów ludzi na całym świecie, którzy nagle zaczęli zadawać sobie pytanie: A co MNIE najbardziej wspiera w planowaniu i w osiąganiu celów? Może właśnie spisanie celów w miejscu, w którym potem planuję zadania? Może miesięczny widok zadań? Jaki konkretnie? Czy potrzebuję widoku tygodniowego? Po co? Jak rozplanowanego? Może tylko „dniówki”? Jak je zaprojektować, żebym od razu widział, co mam do zrobienia?… A może wspiera mnie jeszcze coś innego? Na przykład wygląd mojego planero-dziennika: forma, wielkość, ozdoby lub ich brak, miejsce na rysuneczki, wspomnienia czy inne cuda? Może habit trackery (miesięczne? tygodniowe? dzienne?)? Może „kolekcje” (listy np. filmów do obejrzenia, książek do przeczytania czy… zapasów w spiżarni)? A może coś zupełnie innego, zupełnie mojego, dostosowanego tylko i wyłącznie do mojej sytuacji?… Ta elastyczność systemu to właśnie jego przeogromny plus. Bardzo fajnie obrazuje to poniższy filmik.

 

Moja historia

Nie jestem mistrzem organizacji (podziwiam i uwielbiam Panią Swojego Czasu, ale…). Zupełnie nie podzielam szału na przedmioty wykonane własnoręcznie (bawią mnie blogerki, które uważają, że idą ostro pod prąd i są buntowniczkami, bo nie mają działu DIY – ja po prostu mówię: wolę, kiedy ktoś coś zrobi za mnie – na 99% zrobi to lepiej). Moje zdolności rysunkowe są raczej kiepskie (kiedyś na łacinie narysowałam schemat oblężenia Alezji przez wojska Cezara i zapomniałam zetrzeć tablicy przed wejściem kolejnej klasy – pytanie brzmiało: „Po co rysowała pani kapelusz?”). A poza tym uwielbiam aplikacje na komórkę (ciągle coś instaluję, testuję i wyrzucam, bo już mi brak miejsca w pamięci). I nie znoszę prowadzenia dziennika. To chyba najtrudniejsze i najbardziej wstydliwe wyznanie, bo już nie wiem, w ilu miejscach przeczytałam i usłyszałam, że prowadzenie dziennika wspiera praktykę uważności. U mnie nie wspiera. A próbowałam wiele razy – możecie mi uwierzyć.

Więc skądże mi to?… Po prostu szukałam lepszego kalendarza. Musiałam przyznać z bólem wielkim, że aplikacje na komórkę – nawet dostosowane do mojego ukochanego niespełnioną miłością GDT – nie zdają u mnie egzaminu. Muszę mieć wszystko na papierze. Z widokiem dziennym. No, ale nie do końca. Właściwie ten widok dzienny tylko kiedy pracuję w szkole.

Znasz to? Na rynku tyle kalendarzy, agend, planerów, aplikacji… a w każdej można coś jeszcze ulepszyć. Zauważ, ile blogerek (nie wiem zupełnie, czy dotyczy to również panów) tworzy własne kalendarze/planery do pobrania lub/i sprzedaży – pierwotny powód ich powstania był dokładnie taki sam. Czegoś brakuje. Czegoś za dużo. Nie potrzebuję x. Za to bardzo przydałby mi się y. Voilà?! Przed Państwem: bullet journal!

No, dobra. Ale co ma do tego uważność?!

Pomijając ten fakt, że praktyk mindfulness wszędzie znajdzie okazję do praktyki uważności 😉 , ja to widzę tak:

  1.  wspaniałe jest uświadomienie sobie, co mnie wspiera, a co nie; czego JA potrzebuję, żeby się zorganizować – a więc po prostu poznanie swoich indywidualnych potrzeb dotyczących organizacji czasu/zadań/projektów/życia – samego kalendarza-organizera wreszcie… – zauważ, że to, jak sformułujesz potrzeby, również jest elementem samopoznania; inspiracje od innych (och, bujo-fani to niezwykle inspirująca społeczność!) – są TYLKO inspiracjami;
  2.  zauważenie, że poznawanie swoich potrzeb jest procesem: WYDAJE CI SIĘ być może na początku, że potrzebujesz i przeglądu roku. i miesiąca, i tygodniówek, i dniówek, i habit trackerów, i kolekcji, i…, i…, i… – koncepcja bujo zakłada, że sprawdzasz i dochodzisz do idealnych rozwiązań dla siebie; i nie boisz się testować, szukać, odrzucać i dodawać, żeby dojść do najlepszych DLA SIEBIE rozwiązań – także wtedy, gdy te rozwiązania są całkiem indywidualne i zupełnie różne od superrozwiązań innych użytkowników;
  3. kiedy już znajdziesz to idealne rozwiązanie dla siebie… hmm… nie przywiązuj się do niego 😉 ; bo przecież np. podczas urlopu możesz nie mieć potrzeby stosowania dniówek, które się u Ciebie zwykle sprawdzają, albo – uwaga! – możesz uznać, że w ogóle nie potrzebujesz planować i wznowisz swój bullet journal od powrotu do pracy albo czas urlopu wypełnisz czymś innym (rysunkami? wierszami? wklejanymi zdjęciami? hasłami, które naprowadzą Cię na wspomnienia?…);
  4. nie przywiązuj się, bo przecież WSZYSTKO SIĘ ZMIENIA – i Ty, i świat wokół Ciebie (dostrzeganie nieustannej zmienności jest elementem uważności) – może trzy miesiące temu potrzebowałaś dniówek, a dziś już nie – albo na odwrót;
  5. nie bój się więc eksperymentować: jak wiesz, nie mam zdolności plastycznych, ale przy okazji prowadzenia bujo odkryłam np. zentangle i dotarło do mnie, że te mikrozdolności, które mam, mogłabym rozwinąć – nie czuję obecnie takiej potrzeby, ale już inaczej patrzę na siebie; zauważyłam także, że sprawia mi przyjemność (!) staranne wykonywanie napisów – nawet jeśli nie zawsze mi wychodzi i nie zawsze mi się chce – w ten sposób w polu moich „potencjalnych zainteresowań” pojawiła się kaligrafia;
  6. być może udało Ci się to zauważyć w poprzednich punktach: bujo ćwiczy umiejętność wyboru (zadań ważnych i nieważnych; wspierających i niewspierających rozwiązań; tego, co chcę w tym momencie rozwijać i czego nie chcę – itp, itd) – od Ciebie zależy, jak wiele takich możliwości zauważysz i z ilu z nich skorzystasz; jeśli zauważysz, że nie potrafisz zaakceptować pomyłek/zdobyć się na eksperyment/ zmienić czegoś, do czego się przyzwyczaiłeś, mimo że Ci nie służy etc – wooow! ile się możesz z tego nauczyć o sobie!!!;
  7. coś, co uwielbiam: efekt tabula rasa 😉 ; podkreśla to wiele osób: przewracasz kartkę i ona jest pusta – zupełnie pusta! – i możesz zacząć od nowa; przerwałam w lutym i mogę zacząć od maja; mój schemat z poprzedniego miesiąca/tygodnia przestał mi służyć, więc mogę wprowadzić nowy; nie miałam czasu lub/i ochoty na rysunki, bazgroły czy ozdobne pisanie – teraz mogę mieć (lub na odwrót); czyli: liczy się TERAZ – ten moment, ten dzień, ten tydzień – i nic więcej;
  8. jako dodatek: trackery – jeżeli już medytujesz, możesz dodać do bujo tracker medytacji – zwłaszcza wtedy, kiedy wyrabiasz w sobie nawyk; jeżeli preferujesz podejście nieformalne, możesz sobie zaplanować, że np. codziennie zrobisz coś inaczej niż zwykle, żeby przełamać schematy działania – i zapisywać to; jeżeli masz problemy z rozpoznawaniem emocji, możesz zastosować tracker nastroju („mood tracker”); jeżeli dopadają Cię ataki niepokoju lub nawet paniki, możesz notować, kiedy to się stało i jaki był wyzwalacz; możesz prowadzić dziennik wdzięczności; możesz zapisywać codziennie drobne przyjemne doświadczenia, żeby uczyć się zwracać na nie uwagę – co chcesz i… co Cię wspiera (patrz: punkt 1.).

Ciekawa jestem, czy korzystasz z bullet journala i co Ci się w nim najbardziej podoba, co najbardziej Ci służy. A jeśli jeszcze się nie używałaś/nie używałeś tego systemu, to co budzi w Tobie największe zaciekawienie, a co największy opór. Czekam z dziką ciekawością na Twój komentarz! 😉