Tu i teraz – czerwiec 2018

Wszystko przez Matyldę

To było tak: bardzo lubię czytać posty z kategorii #tuiteraz u Matyldy z Calm Station. No, lubię i nic nie poradzę. I kiedyś w komentarzu napisałam, że to super pomysł i może sama kiedyś spróbuję ją naśladować. Matylda zwróciła mi wtedy uwagę, że pomysł może i super, ale nie jej, bo Kasi z worQshop. Głupio mi się wtedy zrobiło, bo Kasię znam i czytuję, no i takie rzeczy „wypada wiedzieć” w blogosferze. No, przecież, że Kasia! To dlaczego o tym zapomniałam? Myślę sobie teraz (i tu), że jednak na blogach naprawdę przywiązujemy się do ich autorów i dopiero to daje moc przebicia takim osobistym wpisom. Wpisom pod hasłem „co u mnie słychać”.

Ale to było kilka miesięcy temu i nie powstał wtedy wpis tego typu. Nie powstał, bo… uznałam, że to jednak dla mnie zbyt osobiste. Że nie potrafię się tak odsłonić. I że głupio mi, że w wielu kategoriach (#oglądam, #słucham) nie mam NIC do napisania, a w innych (#czytam) wstyd mi się przyznać, co. Serio. Miałam trochę czasu, żeby dzięki temu postowi-którego-nie-było przyjrzeć się swojemu lękowi przed oceną.

No a teraz Matylda sobie wymyśliła projekt instagramowy: że codziennie w czerwcu będzie wrzucała jedno naturalne zdjęcie – nie odpicowane pod insta, tylko zwykłą dokumentację dnia. I znów mnie ruszyło. Bo wiecie, nigdy nie przekonałam się do instagrama, choć chętnie czasem oglądam niektóre profile. Ale gdybym miała prowadzić naprawdę swój profil, to po to: żeby zbierać chwile. I postanowiłam zrobić eksperyment dla samej siebie: jak by to było spróbować tak kolekcjonować dni w formie zwykłych fotek? (Tu mi się świadomie już odpaliło skojarzenie z „Project Life” promowanym przez Kasię. Taki „Project Life” dla ubogich. 😉 )

Projekt: instagram,

czyli nadal wszystko przez Matyldę!

No i zrobiłam to! Od 6 czerwca na moim profilu pojawiło się co prawda tylko 14 zdjęć, ale to i tak połowa wszystkich, które mam, a obserwacja tego, co mam ochotę fotografować, czego nie, co chcę ukryć, a co pokazać – uuuuch… to był strumień samopoznania! Zachęcam Was, żeby spróbować. To nie musi być instagram, choć u mnie było to istotne, aby te zdjęcia były publiczne, żebym mogła zbadać granice swojej autentyczności i… kierunki autokreacji. 😉 Ale jestem dumna z tego, że udało mi się opublikować i własne nogi (jakie grubeeee! 😀 ) i jedno selfie – tu zupełnie pod prąd i na przekór. Fotka była zrobiona ot tak, bez makijażu i stylizacji, w odpowiedzi na zdjęcie mojego kolegi, który też ma czarnego kota. Wysłałam mu mmsem i dostałam odpowiedź: „Ale Ty staro wyglądasz!”. Zatkało mnie i ogarnął mnie gniew. Uważam, że jak na 46-letnią kobietę nie wyglądam „staro”. A nawet jeśli, to mam to gdzieś. Wolno mi. I wrzuciłam to na insta… choć dodałam filtr. 😀

Mój profil na instagramie

Kiedy zgromadziło się już trochę zdjęć, zobaczyłam, że rzeczywiście opowiadają historię. Patrzę na nie i podsumowuję. I wreszcie czuję się gotowa, żeby opisać – po swojemu – co u mnie w czerwcu. Nawet gdyby nikt nie był tego ciekawy. 😉

Mindfulnessowo

W ramach moich działań i doświadczeń związanych z uważnością zadziały się trzy ważne rzeczy. Pierwsza to testowa edycja kursu on-line „Uważne ciało”. Dziękuję z serca wszystkim osobom, które zdecydowały się być moimi testerami, a zwłaszcza tym, które dotrwały do końca i udzieliły (i nadal udzielają) mi informacji zwrotnych. Dla mnie to była cudowna przygoda! Przede wszystkim przekonałam się raz jeszcze, że kocham pracować z ludźmi i pokazywać im nowe ścieżki – a to, że ich nie widzę, nie stanowi aż takiego problemu, jak sądziłam. Nadal wyzwaniem pozostaje dla mnie: jak zmotywować uczestników, żeby przeszli przez cały kurs, nawet jeśli znajdują w sobie opór, a zarazem, jak im zapewnić bezpieczeństwo psychiczne (na takim kursie pracujemy na dość osobistych sprawach).

Druga rzecz to projekcja filmu „Walk with me” o Plum Village, wspólnocie mnichów, na której czele stoi Thich Nhat Hanh, którzy poświecili się praktykowaniu uważności. Projekcja została zorganizowana 7 czerwca przez Fundację Polski Instytut Mindfulness – z którą jestem związana – we współpracy z warszawskim kinem Elektronik. Nie jestem buddystką i cała buddyjska „nadbudowa” to było dla mnie zaglądanie w egzotyczny świat. Ale radość życia jest taka sama wszędzie. I znudzenie też (i ziewanie na medytacji 😉 ). I śmiech. I łzy. I cisza. I autentyczne spotkanie: ze sobą i z drugim człowiekiem. Jeśli ktoś z Was nie zna Thich Nhat Hanha, który jest jednym z najbardziej znanych propagatorów mindfulness w świecie zachodnim, niech przeczyta koniecznie „Cud uważności”. A jeśli interesuje Was film, będzie powtórka na jesieni (nie wiadomo jeszcze dokładnie kiedy).

Trzecia sprawa to warsztat „Wprowadzenie do uważności”, który poprowadziłam 16 czerwca. Dłuuuugo uważałam, że tego typu warsztacik nie ma sensu. Żeby poczuć, jak „działa” uważność, potrzeba wielu godzin praktyki. Kilkugodzinny warsztat to takie pitu pitu i mydlenie ludziom oczu. Myliłam się. 🙂 Taki warsztat to przedsmak i otwarcie się na to, czym jest uważność. Ludzie, którzy przyszli, byli otwarci, ciekawi, skłonni do eksperymentów. Dzięki temu każdy wyszedł z jakąś nową wiedzą o sobie. A ja… ja wyszłam uskrzydlona. Szczęśliwa, że się myliłam. I zdecydowana, że to nie ostatni taki warsztat, który prowadzę. W wakacje Monika Witkowska i ja będziemy na Żoliborzu prowadziły tematyczne warsztaty mindfulnessowe: Uważne jedzenie (Monika), Uważne ciało (ja), Uważne porozumiewanie się (Monika), Uważne emocje (ja). Jeśli Was to interesuje, zajrzyjcie na stronę fundacji.

Szkolnie

Skończył się rok szkolny. Końcówka jest jak finisz na przynajmniej – półmaratonie – nawet jeśli ma się tak mało godzin, jak ja. Tak dla nauczycieli, jak i dla uczniów. Właściwie przez dwa ostatnie tygodnie nie miałam przestrzeni na cokolwiek innego poza sprawdzaniem ostatnich prac (a wciąż napływały nowe). „Bo chcę mieć szóstkę/piątkę z wok-u”. Kilka razy zdarzyło mi się spytać: „A po co?” Ot, takie uroki uczenia „nieważnego” przedmiotu.

Za to polski jest ważny. Przynajmniej dla mnie. I dlatego już wiem na pewno, że nie chcę go uczyć. Trzy miesiące eksperymentu w ramach nauczania indywidualnego mi wystarczą. Dziękuję. Pytałam polonistów z długim stażem, dlaczego to robią. Ogromna praca, oczy ślepnące nad wypracowaniami, wielka odpowiedzialność (matura) i równie wielkie niezrozumienie ze strony młodzieży. OK, kilka osób „obudzą”, zapalą, pociągną do zadawania sobie i światu ważnych pytań. I wiecie, co mi powiedzieli? Tak, robią to dla tej garstki. Dla tych kilku obudzonych pasji. Oczywiście ci, którzy sami tę pasję w sobie mają. Ech…

Całkiem prywatnie

#tańczę  Tak, oczywiście, że nadal tańczę tango. 🙂

Oczywiście nie TAK, ale akurat „Invierno” gra mi w głowie od kilku dni. 🙂  [Przewińcie do 1:25.]

#czytam  Uczenie polskiego pchnęło mnie do przypomnienia sobie lektur po raz kolejny. „Lalka” – za każdym razem, kiedy ją czytam, jestem nią coraz bardziej oczarowana. Dla ścisłości: w liceum nie byłam. OK, trudno było nie docenić, że to świetna powieść, ale za bardzo mi było żal Wokulskiego. 😉 Jako dorosła wyciągam coraz to nowe smaczki. Do tego „Lalka i perła” Tokarczuk jako wisienka na torcie – na razie we fragmentach, ale po wakacjach chcę przeczytać całość.

Za to w „Zbrodni i karze” po raz pierwszy poczułam naprawdę tę duszną atmosferę Petersburga. Męczące jak licho. Zbulwersowałam „prawdziwych” polonistów, grożąc, że nie przebrnę (już wyjaśniam: robiłam polonistykę podyplomowo lata temu, dlatego nie czuję się sama „prawdziwą” polonistką). A „Zbrodnia…” przy pierwszym kontakcie w liceum zachwyciła mnie na potęgę!

No dobra, teraz czas na obciach: fantasy. Czy polonista może czytać fantasy? Cóż, jasne, że może, choć ja nie znam takich, co się do tego głośno przyznają. W odróżnieniu od historyków. I filologów klasycznych. 😀 Nie wiem, czy bym poznała Sapkowskiego, gdyby nie uwagi o moralności w jego powieściach, wygłaszane na korytarzach IFK przez profesora Jerzego Axera. Nie zapominajmy, że Tolkien też był klasykiem. W czerwcu, kiedy wreszcie mogłam sięgnąć po coś lżejszego (bądźmy realistami: w autobusach w drodze do pracy), wybrałam „Drogę królów” Brandona Sandersona. Jeśli będą kolejne „tuiterazy”, może napiszę coś więcej. Teraz tylko tyle, że się wciągnęłam w tę historię.

Droga do pracy trochę czasu mi zajmowała (zwłaszcza jeżdżenie do Ząbek na nauczanie indywidualne w domu ucznia), więc od początku czerwca połknęłam jeszcze dwie inne niewielkie pozycje z dwóch innych bajek. Pierwsza to „Ograć nawyki” Jadwigi Korzeniewskiej z Laboratorium Zmieniacza. W maju dokończyłam „Siłę nawyku” Charlesa Duhigga i chciałam przeczytać coś jeszcze na ten temat. Książkę Jadzi polecam z całego serca, bo daje zestaw świetnych narzędzi do zmian nawyków. Na lepsze oczywiście! Primo: ta książka wolna jest od hurrraoptymizmu, obiecującego zmianę życia w ciągu 14 czy nawet 21 dni. Tłumaczy, dlaczego zmiana trwa czasem dużo dłużej. Secundo: jest przepełniona poczuciem humoru, a to wcale nie takie częste w książkach samorozwojowych (a jak już zrozumiesz, że nie będzie łatwo, to przyda się trochę pośmiać, żeby się odprężyć). Tertio: proponuje grę z samym sobą, z własnym umysłem, grę, w której stawką jest wyrobienie nowego nawyku. I to jest… fascynujące.

Przeczytałam poza tym… „Sekrety urody Koreanek” Charlotte Cho. Prawie sama nie wierzę, że to piszę! Ale nie martwcie się, nie zamienię Stacji Teraz w bloga urodowego. Mam wieczne paskudne problemy z cerą i nagle uświadomiłam sobie, że ile razy było trochę lepiej, to akurat stosowałam którąś ze strategii, którą zawiera „koreańska pielęgnacja”. Byłam więc ciekawa. I nadal jestem, co się może zadziać, jeśli zastosuję wszystkie elementy tych pielęgnacyjnych rytuałów. Gdybym miała stwierdzić, co dało mi przeczytanie tej książki, byłoby to zdanie: „W Stanach Zjednoczonych, myśląc o skórze, myślimy o problemach.” A w Europie? W Polsce? Czy nie jest tak samo? Czy nie walczymy z trądzikiem, zmarszczkami, rozszerzonymi naczynkami itp.? A gdyby tak naprawdę po prostu dbać przez cały czas o swoją cerę z akceptacją i życzliwością, dostarczając jej po prostu tego, czego potrzebuje? Żeby nawet bez makijażu wyglądała super… (OK, z tą akceptacją to w Korei różnie bywa, czego Charlotte Cho nie ukrywa, pisząc krytycznie o modzie na operacje plastyczne i tłumacząc jej źródła kulturowe.)

#cieszę się  Na zdjęciach z insta zobaczycie też kwitnące fiołki afrykańskie. Artykuł o tym, jak one uczyły mnie uważności, czeka na napisanie już chyba rok. Kiedyś się doczeka, choć nie jest to łatwe, bo kiepska ze mnie ogrodniczka i z wielu odmian zostały mi naprawdę jakieś relikty świetności – jak wyrzuty sumienia. Ale są. I cieszą.

A Wam jak minął czerwiec? Jakie chwile z niego chcielibyście zatrzymać?