Próba (nie)generalna

umysł początkującego

 

Właściwie to znów będzie o ciekawości. Postanowiłam tym razem opowiedzieć Wam dwie historyjki z mojego życia. Dwie historyjki ze wspólnym morałem.

 

Historia pierwsza – tango

Pierwsza dotyczy początków mojej przygody z tangiem. O tangu i mindfulness już pisałam, ale nie opowiadałam, jak to się wszystko zaczęło. A zaczęło się niewinnie. Poznałam przez internet Mężczyznę, Który Tańczył Tango. Wpadliśmy na siebie w sieci z tej racji, że oboje przeszliśmy Camino de Santiago, ale korespondowaliśmy na różne tematy, a jego opowieści o tangu stały się w pewnym momencie motywem dominującym. Byłam zaskoczona, że można aż tyle pisać o jakimś tańcu. Jednym tańcu. I to w dodatku takim – według mojej opinii – dziwacznym.

Oczywiście namawiał mnie, żebym też spróbowała. Opowiedziałam o tym innemu znajomemu, który – znów ku mojemu zdumieniu – wyraził swój entuzjazm. Tak, tango to wspaniały taniec! On zawsze chciał tańczyć! Był nawet kiedyś na milondze (na czym?!) i wrócił oczarowany… Teraz i ten zaczął mnie namawiać. Cóż, tylko że ja nie chciałam tańczyć tanga. Owszem, myślałam wtedy, że fajnie może byłoby nauczyć się jakiegoś tańca – tak dla większej świadomości ciała. Ale nie tango, na litość! Przecież wiedziałam, że to nie dla mnie. Ta sztuczność, te kroki i układy, te róże w zębach i wszystko, co mi przychodziło na myśl na hasło „tango”. No, nie. Wzięta jednak w krzyżowy ogień namów, umówiłam się z oboma panami na lekcję kroku podstawowego oraz milongę (tangową potańcówkę) do Klubu Tanga Argentyńskiego Złota Milonga. Tak z ciekawości.

No i teraz następuje ten podniosły moment, kiedy wyznaję wszem i wobec, że ta decyzja zmieniła moje życie. Postanowiłam spróbować wbrew moim uprzedzeniom i głęboko zakorzenionym przekonaniom. I wszystko okazało się inne, niż się spodziewałam. Absolutnie wszystko. Ci ludzie tam wcale nie byli sztuczni i nie wykonywali gwałtownych ruchów. Płynęli z gracją po parkiecie. Niby była jakaś lekcja „kroku podstawowego”, ale potem Mężczyzna pokazał mi, że to nie o to chodzi. Po prostu ze mną zatańczył, a właściwie pochodził do rytmu i to było wielkie „aha!”. I powiem Wam, że na początku zafascynowała mnie właśnie ta rozbieżność między moimi oczekiwaniami a rzeczywistością. Chciałam sprawdzić, o co właściwie w tym chodzi… i już tak sprawdzam ponad cztery lata.

 

Historia druga – bieganie

Działo się to wszystko jeszcze przed moją epoką mindfulnessową, natomiast druga historyjka pochodzi zaledwie sprzed roku, kiedy to prowadziłam swój dyplomowy kurs MBSR. Brała w nim udział między innymi Magda, która kochała (i nadal kocha) obserwować ptaki i biegać. Kurs MBSR ćwiczy uważność nie tylko uczestników, ale i prowadzącego. I zdarzyło się kiedyś, że powiedziałam do Magdy na zajęciach: „Nie cierpię biegać.” Usłyszałam, co mówię i zadałam sobie pytanie, ile właściwie jest prawdy w tym stwierdzeniu. TERAZ.

Bo cóż, naprawdę nie znosiłam biegania w szkole. Ale skoro go nie znosiłam, to i nie biegałam, jak mi nie kazali. Jedyne próby podjęłam jedenaście lat temu przygotowując się do Camino. Chciałam wówczas szybko poprawić kondycję i nawet się trochę udało, ale bieganie było tylko środkiem do celu i nadal go nie znosiłam (cóż, właściwie nawet nie próbowałam weryfikować tej „prawdy”), ale stosowałam jak gorzką pigułkę, która miała przynieść określony efekt.

A co by było, gdyby tak… spróbować? Gdyby odłożyć na bok moje „wiem” i wszelkie „oczywiście” i zacząć z umysłem początkującego? No i spróbowałam. Powolutku, z szacunkiem dla swojego ciała i jego ograniczeń, wsłuchując się w nie i obserwując, co się ze mną dzieje na różnych poziomach, kiedy biegnę: z ciałem, z myślami, z emocjami… Było to na tyle ciekawe doświadczenie, że zaczęłam je powtarzać, a potem regularnie biegać trzy razy w tygodniu. Na jesieni sobie odpuściłam i… okazało się, że mi brakuje biegania!

 

Miał być morał – jest morał

Czas zatem na morał. Próbuj. Sprawdzaj. Podważaj to, co wydaje się oczywiste w Twoim życiu. Może się okaże, że to, co uznajesz za prawdę – o Tobie lub świecie – rzeczywiście nią jest. A może niezupełnie. A może całkiem nie. Może było prawdą jeszcze rok temu, ale przestało nią być. Horyzonty, które się otwierają przed takim badaczem, są niezmierzone. Każda taka próba to poszerzenie Twojego widzenia świata. No i efekty eksperymentów mogą Cię zaskoczyć… Moje bieganie okazało się cudowną okazją do nieformalnej medytacji. Uwielbiam obserwować rytm oddechu, pracę kończyn, tendencje ciała do napinania mięśni, które wcale nie są mi potrzebne do biegu, ale też śledzić zmieniające się widoki, zapachy, dźwięki, wilgotność powietrza… Tango przez lata przyniosło mi większą świadomość ciała i emocji, ale także wielu nowych znajomych i spędzone z nimi – często niezwykle karmiące – chwile. No i Mężczyznę. Który z czasem okazał się Tym Mężczyzną. To całkiem niemało. Taki bilans na teraz. A co będzie dalej? Spróbujemy, zobaczymy…

 

Jestem pewna, że kiedy się zastanowisz, też znajdziesz takie doświadczenia w Twoim życiu: takie odkrycie czegoś na nowo. Pamiętasz, co to było? Jak to było dla Ciebie zmienić swoje patrzenie na to, co „znane”?