Niepróżnujące próżnowanie, czyli o korzyściach z niedziałania

jak ćwiczyć uważność

„Czy uważność (mindfulness) musi zakładać bierność?” W pierwszym momencie zupełnie mnie zaskoczyło takie pytanie. Jaką znowu bierność?! Skąd w ogóle taki pomysł?! Kiedy szok mi minął, zaczęłam sobie powoli uświadamiać, że przyczyną tego nieporozumienia jest prawdopodobnie sam język, którym mówimy o uważności.

Mindfulnessowe rózmówki

Co zatem słyszy adept uważności? „Pozwól, aby wszystko było takie, jakie jest.” „Niczego nie zmieniaj – obserwuj tylko.” „Przestaw się z trybu działania na tryb bycia.” (Czyli: nie działaj.) Do tego jeszcze skojarzenia z wysiadywaniem na poduszce medytacyjnej i „nicnierobieniem”. Czy to rzeczywiście takie dziwne, że ze wszystkich tych komunikatów dociera sygnał: masz być bierny/bierna?…

Trening vs biegłość

Nie zamierzam bynajmniej krytykować tego języka, tylko wyjaśnić pewną rzecz: rozróżnijmy sobie uważność od ćwiczeń uważności. Uważność jest postawą wobec życia, sposobem funkcjonowania, kompetencją osobistą. Jest celem, który możemy osiągnąć (lub chociaż zbliżyć się do niego) dzięki ćwiczeniom uważności. Te z kolei są treningiem umysłu. Tylko i aż. Jeśli przygotowujesz się do długodystansowego biegu, to prawdopodobnie oprócz długich wybiegań będziesz też robił krótkie podbiegi, sprinty, interwały czy może nawet szaleńcze skipy i wieloskoki. Nie dlatego, żeby potem na zawodach móc zasuwać cały czas pod górkę albo na pełnej prędkości, którą potrafisz przebiec raptem 200 metrów, ani nie po to – to byłoby tyleż zabawne, co zabójcze dla mięśni i stawów – żeby przez 10 czy 20 km zasuwać skipem A, B czy C. Prawda? Jeśli uczysz się grać na instrumencie, ćwiczysz gamy i palcówki – nie po to, żeby przez całe życie „grać” już tylko to. Wręcz przeciwnie. Chodzi o biegłość. O wyćwiczenie tego, co trudne, żeby sprawiało mniejszą trudność w życiu – lub nawet nie sprawiało jej wcale.

Trening umysłu

Zatem idźmy na całość: oto medytujesz (ćwiczysz uważność) leżąc lub siedząc. Albo i w ruchu. I nagle pojawia się jakiś dyskomfort – powiedzmy, coś Cię swędzi i chcesz się podrapać. Albo noga Ci drętwieje. Albo przychodzi Ci na myśl: „Ale to nudne!”. Albo ogarnia Cię wielki wkurw, bo masz lepsze rzeczy do roboty. I słyszysz: „Obserwuj. Pozwól temu być.” Co byś zrobił/zrobiła „normalnie”? Podrapał się, rozprostowała nogę, żeby pozbyć się bólu, zajął się czymś „pożytecznym” lub zrobiła coś, żeby się pozbyć nudy. To są naturalne reakcje. Naturalne i… automatyczne. I tu wcale nie chodzi o to, żeby nigdy więcej w życiu się nie drapać (aż mnie zmroziła ta perspektywa…) czy zgadzać się bezmyślnie na wszystko, co niefajne czy nawet szkodliwe. Wręcz przeciwnie! Chodzi o to, żeby jak najmniej reagować (automatycznie, niekoniecznie adekwatnie), a jak najwięcej odpowiadać (świadomie i adekwatnie). Halo, słyszysz? Właśnie Ci mówię, że uważność nie jest biernością! Uważność to jak najbardziej świadome zaangażowanie we własne życie!

uważność nie jest biernością

Czego unikasz? Do czego lgniesz?

Jeśli właśnie stukasz się w głowę i uważasz mnie za wariatkę, bo Ci wmawiam, że powstrzymanie się od drapania jest świadomym zaangażowaniem w życie, wytrzymaj jeszcze chwilkę. Albo idź od razu na kurs mindfulness. Bo łatwiej zrozumieć, kiedy się czegoś doświadczy. Wróćmy do stwierdzenia, że to tylko ćwiczenie. Trening. Pamiętasz? Uczysz się dostrzegać bodziec do jakiegoś działania, przyjrzeć mu się przez chwilkę, zrozumieć, co się dzieje i podjąć refleksję, czy to służy Tobie/drugiej osobie/relacji etc… i dopiero coś ZROBIĆ. Najpierw to będzie podrapanie się (prawdopodobnie służy Tobie i nikomu nie szkodzi) – no, chyba że… swędzenie minie. [Uuuups, rozumiesz? Czasem podejmujesz działanie wobec czegoś, co jest chwilowe i wcale nie wymaga działania!] Potem to będzie np. stawienie czoła nudzie i zadanie sobie pytania, czemu ona jest „zła”, czemu chcesz jej uniknąć… Hmm… czy to nie ciekawe pytanie? Może się czegoś boisz? Czego?… Potem stopniowo to powstrzymywanie automatycznej reakcji zacznie się przenosić na sytuacje życiowe. Zaczniesz dostrzegać, czego unikasz (i dlaczego? i jak? i czy to unikanie jest jedynym wyjściem? i czy na pewno najlepszym?…) i do czego lgniesz (i dlaczego? i czy to przywiązanie do czegoś lub kogoś paradoksalnie nie stwarza kłopotów Tobie lub komuś innemu? i czy to jedyny możliwy sposób działania?…).

Naucz się surfować

Żyjesz. A to znaczy, że nadejdą fale. Gniewu. Frustracji. Pożądania. Lęku. Fale negatywnych myśli o sobie i świecie. Wiesz już na pewno z doświadczenia, że stawianie im oporu lub wypieranie ich do niczego nie prowadzi. Zdarzyło Ci się też pewnie dać się ponieść i nie raz potem było Ci głupio. W najlepszym wypadku. Uważność proponuje inne rozwiązanie: zauważ, że nadchodzi fala, zobacz czym jest, jaka jest… i naucz się na niej surfować. Nauka surfingu przekracza ramy tego artykułu. 😉 Jednak po ośmiotygodniowym kursie MBSR wielu uczestników zauważa w sobie taką zmianę – odnajdują przestrzeń wolności, w której to oni decydują, jak się zachowają w danej sytuacji, zamiast ulegać nawykowym schematom myślenia i działania. Bierność? Jaka bierność?! Mindfulness stosowany w życiu jest aktywnym i świadomym podejmowaniem decyzji. A że trzeba najpierw wyćwiczyć nawyk zatrzymywania się i bezstronnej obserwacji? Cóż, jak każdy nawyk.

nie możesz zatrzymać fal, ale możesz nauczyć się surfować
Być może ten „mit bierności” nie jest najczęstszym i najbardziej popularnym z mindfulnessowych mitów. Chętnie napisałabym o innych, jeśli podzielicie się ze mną swoimi pytaniami i wątpliwościami. Zapraszam do komentowania i do kontaktu.

PS.: Tak mi się „dobrze” pisało ten artykuł, że nad nim zasnęłam… Mam nadzieję, że nie przydarzy Wam się to samo przy lekturze. 😉