Tango – medytacja dla dwojga

tango

Medytacja & tango

Medytacja i tango są bardziej podobne do siebie, niż ci się wydaje” – czytamy na portalu popularyzującym mindfulness, mindful.org [1]. Autorzy wskazują tu na możliwość osiągnięcia stanu flow (przepływu czy raczej uskrzydlenia) zarówno podczas medytacji, jak i podczas tańca. Co to takiego? Twórca tego pojęcia, węgierski psycholog Mihály Csíkszentmihályi, określił go jako stan między głęboką satysfakcją a euforią, którego doznajemy, gdy całkowicie się czemuś oddajemy. Charakteryzuje go zatracenie poczucia czasu, a nawet samoświadomości, gdyż mamy wrażenie jedności z wykonywaną czynnością, na której całkowicie się koncentrujemy. Nie liczy się efekt ani doskonałość wykonania, wyłącza się samokrytyka i lęk przed porażką, liczy się tylko to działanie, w którym się zanurzamy…

Brzmi nieźle, prawda? Wielu tangueros z pewnością uśmiecha się ze zrozumieniem, wspominając stany „odlotów” czy „odpływania” podczas wyjątkowo udanych tand [2]. Jednak podejrzewam, że czytelnicy mający doświadczenie w innych tańcach, mogą wzruszyć teraz ramionami: „A niby dlaczego mówimy tylko o tangu? Zatracić się można w dowolnym tańcu!” Więc flow to… za mało. Co zatem tango argentyńskie ma w sobie takiego, co szczególnie łączy je z medytacją?

 

Po pierwsze: kontakt i koncentracja.

Kontakt – z sobą samym, z partnerem i z muzyką. Bez kontaktu nie ma tanga. Muszę stać w swojej osi, muszę wiedzieć, gdzie jest oś partnerki, jeśli prowadzę, muszę odczytywać impulsy z ciała osoby prowadzącej, przekładać je na język własnego ciała i brać odpowiedzialność za swój ruch (w obu rolach). A przy tym muszę słyszeć muzykę i pozwolić jej oddziaływać zarówno na moje emocje, jak i rytm kroków… Czasem mówi się o parze tangowej – niezbyt może poetycko – że to jedno zwierzę na czterech nogach. Ale to prawda. Można osiągnąć harmonię ruchu, oddechu, a nawet emocji.

Niebywałe jest doświadczenie jedności, kiedy w swoim ciele czuje się reakcję ciała drugiej osoby: mistycyzm momentu, kiedy partnerka stawia stopę na podłodze… Ale to wymaga koncentracji na tym, co dzieje się w danej chwili. Nasza uwaga nie może gdzieś błądzić, nie możemy planować menu na niedzielę ani rozpamiętywać rozmowy z szefem. W tej chwili liczy się tylko dźwięk, impuls prowadzącego, odzew podążającej. A skupianie uwagi na konkretnych bodźcach to przecież początek drogi mindfulness. I tu także poszukujemy kontaktu – z samymi sobą i ze światem.

tango argentyńskie

Po drugie: świadomość ciała i świadomość ruchu.

Pierwsze formalne ćwiczenie ośmiotygodniowego kursu MBSR to skanowanie ciała (bodyscan), czyli nawiązywanie kontaktu z własnym ciałem – z najróżniejszymi jego odczuciami zarówno silnymi, jak i bardzo delikatnymi. Dla wielu osób to wyzwanie, żeby wsłuchać się we własne ciało. Ba, dla niektórych wyzwaniem jest nawet dostrzeżenie, że w ogóle ma się ciało, które oddycha i żyje. „Wiele osób, które przychodzą do mnie, by uczyć się tanga, czuje się odłączone od swoich ciał. – pisze na swoim blogu Elisabeth Wartluft, nauczycielka tanga z Portland – Miałam uczniów, którzy musieli patrzeć na swoje stopy, żeby się przekonać, czy w danym momencie stoją na prawej czy lewej nodze.[…] Kiedy próbuję zachęcać ludzi, by poczuli, jak pracują ich stawy biodrowe lub jak ich korpus jest osadzony na nogach, ktoś mówi: ‚Ja nic tam nie czuję’, mając na myśli cały rejon miednicy.[…] Tymczasem tango wymaga, abyśmy zaczęli czuć nasze ciała i dostroili je nie tylko do nas samych, ale i do partnerów.” [3]

Drugie ćwiczenie formalne ośmiotygodniowego kursu to świadomy ruch (mindful yoga). Stosuje się także uważne chodzenie. Przyglądamy się, jak działa nasze ciało w ruchu, obserwujemy napięcia i rozluźnienia mięśni, powiązania pomiędzy różnymi partiami ciała, nasze nawyki i ograniczenia. Warto podkreślić, że dla wielu uczestników programu te ćwiczenia ruchowe są miłą odmianą po bodyscanie, bo wreszcie coś się „dzieje”. „Ruch i rozciąganie, podobnie jak chodzenie, często dostarczają wyraźniejszych doznań w ciele niż medytacja z oddechem czy medytacja przeglądu ciała. W związku z tym nieraz łatwiej skoncentrować się na nich i otworzyć na to, czego doświadczamy.” [4]

W tangu właśnie o ruch chodzi. Przecież nie przyszliśmy na kurs ani na milongę, żeby zaprzyjaźniać się ze swoim ciałem, tylko żeby tańczyć. Oczywiście szybko się przekonujemy, że jedno bez drugiego nie działa. Robimy krok… i już tracimy równowagę, niemal się przewracamy, tracimy kontakt z partnerem. Mówią nam: „Tango to przede wszystkim chodzenie do rytmu. Chodźcie naturalnie!” A my nagle odkrywamy,że nie mamy pojęcia, jak działa nasze ciało, kiedy chodzi „naturalnie”. Ba, niektórzy uświadamiają sobie na przykład, że na co dzień chodzą odbijając się od podłoża, jakby byli skrzyżowaniem człowieka z zającem…

To poznawanie własnego ciała w ruchu odbywa się zatem w tangu właściwie przy okazji, choć wiele osób wcześniej czy później inwestuje w osobne zajęcia z techniki, żeby lepiej zbadać ten teren.

Po trzecie: otwartość, ciekawość i świadomość niepowtarzalności chwili.

Siedzę na krześle lub poduszce medytacyjnej i oddycham – chwila po chwili, oddech za oddechem. Z ciekawością i otwartością wyłapuję wszelkie doznania z ciała, bodźce z otoczenia i z własnego umysłu. Tak jak wczoraj. Tak jak jutro. Ale wczoraj i jutro się teraz nie liczą – jest tylko ta niepowtarzalna chwila. Dlatego każda medytacja jest inna, mimo tej powtarzalności.

Idę na milongę [5] i słyszę znów te same utwory, niektóre zestawione nawet w dobrze znane tandy. Może nawet miejsce jest to samo, partnerzy ci sami. Mimo to każde tango jest inne. Zatańczony dziś d’Arienzo z Darkiem jest zupełnie inny niż „ten sam” d’Arienzo tydzień temu z Piotrkiem. Różnica jest nie tylko w partnerach – ich temperamencie, muzykalności, poziomie umiejętności czy zestawie ulubionych figur. Różnica jest także we mnie – w moim ogólnym samopoczuciu, nastroju, a nawet w tym, jak dzisiejsze ubranie wpływa na moje ruchy. Ale gdyby nawet dj się pomylił i zagrał dziś dwa razy ten sam utwór, a ja bym dwa razy zatańczyła go z Mirkiem, z którym tańczyłam już wcześniej setki razy… to też nie będzie to samo tango.

Tańczę teraz – chwila po chwili, oddech za oddechem, krok za krokiem. Tańczę z otwartością: OK, ostatnio tańczyło mi się niezbyt dobrze z tym gościem, ale dziś jest dziś. Tańczę z ciekawością: czym mnie tym razem ten partner zaskoczy? A czym ja zaskoczę samą siebie? Co dzisiaj, co teraz „powie” moje ciało w tym niezwykle komunikacyjnym tańcu?

medytacja vs tango

Jeżeli kogoś nie przekonują moje dywagacje, proszę bardzo, mamy naukowe dowody:

Naukowcy z Sydney przeprowadzili badania nad grupą osób deklarujących objawy depresji – losowo podzielono ich na trzy grupy: jednej pracującej metodami medytacyjnymi opracowanymi przez Jona Kabata-Zinna, drugiej uczestniczącej w lekcjach tanga i trzeciej kontrolnej. [6] Po sześciu tygodniach w obu grupach – uczącej się tanga oraz medytującej – wykazano redukcję objawów depresyjnych w stosunku do grupy kontrolnej. Zmierzono także poziom stresu i okazało się, że choć w obu grupach jest on niższy, niż w grupie kontrolnej, to redukcja stresu jest dużo bardziej widoczna wśród adeptów tanga, niż wśród medytujących. Najbardziej zaskakujący może być fakt, że poziom uważności (mindfulness) wzrósł również najbardziej w grupie tangueros, a nie w tej, która stosowała metody Jona Kabata-Zinna. [7]

Jak to możliwe? Sądzę, że kiedy tańczymy tango od naszej uważności po prostu więcej zależy. Medytacja uważności to tak naprawdę nie tylko siedzenie na poduszce. To każda czynność, którą wykonujemy świadomie i z pełną uwagą. Mycie rąk. Picie kawy. Głaskanie psa. Taniec. Większy jest też poziom odpowiedzialności – nie tylko za siebie. Co się stanie, jeśli zasnę podczas bodyscanu? Cóż, po prostu się wyśpię. A co by się stało, gdybym zasnęła w tańcu?… Co się stanie, jeśli podczas medytacji siedzącej oderwę się od bieżącej chwili i dam się porwać ruminacyjnym myślom depresyjnym? Nikt się nawet nie dowie, mimo że wyrządzę sobie w ten sposób sporą krzywdę. Ale spróbuj nie być w pełni obecny / obecna i skoncentrowany / skoncentrowana, kiedy tańczysz tango! No i wreszcie… medytacja uważności to tak naprawdę nie tylko siedzenie na poduszce. To każda czynność, którą wykonujemy świadomie i z pełną uwagą. Mycie rąk. Picie kawy. Głaskanie psa. Taniec.

medytacja uważności

Czy jest zatem coś, co daje nam tango, a czego nie ma w technikach medytacji mindfulness?

Oczywiście. Przede wszystkim socjalizacja. Naprawdę „do tanga trzeba dwojga” i nie da się go tańczyć samemu. Wychodzimy do ludzi, wchodzimy w interakcje, podejmujemy werbalną i niewerbalną komunikację. Przy obniżonym nastroju wyjście na milongę może zdziałać cuda. Jasne, medytację też można praktykować w grupie, ale interakcja jest tu wartością dodaną, a nie warunkiem koniecznym. W głębinach medytacji człowiek pozostaje sam.

W dodatku ta interakcja w tangu jest dość bliska – powiem otwarcie: my się przytulamy! W eksperymencie australijskich naukowców kazano ludziom z „tangowej” grupy przytulać się do siebie przez sześć tygodni. Czy to rzeczywiście zaskakujące, że obniżył im się poziom stresu i zredukowały się objawy depresji?

Last but not least tango daje nam… rozrywkę. Czy ktoś, przepraszam, uważa, że formalna medytacja jest zabawna? Może być ciekawa. Może być nawet przyjemna. Ale na pewno nie nakarmi homo ludens w nas.

Może więc w ogóle nie warto ćwiczyć mindfulness, jeśli tango już wzięło nas w swoje objęcia lub przynajmniej nas pociąga?

Czy może jednak medytacja mindfulness ma w sobie coś, czego tango nam nie da?

Hmm… Można by powiedzieć, że poduszka do medytacji jest dużo tańsza od butów do tanga, a krzesło każdy ma raczej w domu. A jednak to nie tylko to. „Tango może wyzwolić wiele emocji i doświadczeń z przeszłości, jeśli tańczący dopuści na nowo do swojego życia świadomość ciała. […] Nie możesz tańczyć naprawdę dobrze, jeśli nie staniesz się świadomy siebie w całości, a nie każdy chce sięgać w głębiny umysłu i ciała tylko po to, by lepiej tańczyć.” – pisze Elizabeth Wartluft.

Fakt, że dzięki tangu osiągamy wyższy poziom uważności niejako przy okazji, jest największą zaletą tego tańca i zarazem największą pułapką.  No, właśnie… Fakt, że dzięki tangu osiągamy wyższy poziom uważności niejako przy okazji, jest największą zaletą tego tańca i zarazem największą pułapką. Fakt, że dzięki tangu osiągamy wyższy poziom uważności niejako przy okazji, jest największą zaletą tego tańca i zarazem największą pułapką.Niektórzy po prostu (często nieświadomie) odcinają się od tej szansy. Nie po to tu przyszli. Przyszli potańczyć. Ci, którzy skorzystają, odniosą korzyści głównie na poziomie świadomości ciała. Zwiększa się także świadomość mind-body connexion, czyli tego, jak nasze emocje wpływają na ciało. Jedną z rzeczy, których się nauczyłam w tangu było to, że ciało nie kłamie.

Jednak to nie jest ta jakość świadomości emocji i myśli, którą się zyskuje dzięki medytacji mindfulness. W tangu nie mierzymy się też raczej z trudnymi emocjami, raczej przychodzimy je „wytańczyć”. Owszem, one często znikają po milondze dzięki zanurzeniu w tu i teraz, i temu, że miło spędziliśmy czas. Jednak niewiele nas to uczy o tym, jak stawić im czoła, kiedy znowu się pojawią.

Wreszcie, paradoksalnie, największym bogactwem formalnej praktyki jest to, że jest… „uboga”. Z ciekawością, chwila po chwili, pogrążam się w obserwacji oddechu, który jest zawsze ze mną, póki żyję, zwykłych dźwięków, trywialnych myśli, często subtelnych poruszeń emocji. W ten sposób wchodzę w swoje doświadczenie znacznie głębiej, niż wtedy, kiedy śledzę je przy okazji tangowych uniesień. Wróćmy na moment do zagadnienia stanu flow: cechą przynoszącego go działania jest autoteliczność, czyli że jest ono celem samym w sobie. Celem tanga jest tango. Celem medytacji uważności jest sama uważność.

Co więc wybrać, jeśli chce się efektywnie radzić sobie ze stresem, a może nawet stawić czoła rodzącym się depresyjnym myślom? Naukowcy z Sydney sugerują, że jedno i drugie. Podpisuję się pod tym obiema rękami, kręcąc przy tym ozdobnik stopą w tangowym buciku.

Za zakończenie niech nam posłuży obserwacja nauczycielki mindfulness, Mai Frost: „Nauka obserwacji własnych reakcji bardzo przypomina tango – wymaga pełnej obecności. Przyjrzenie się im z bardzo bliska wymaga wielkiej odwagi. Jeśli się nie skupimy, najprawdopodobniej dostaniemy kopa w czułe miejsce. Jeśli się dostroimy, popłyniemy bez wysiłku, z niewielkim oporem i z wielką gracją.”[8]

A Tobie co najbardziej przypomina stan medytacyjny? Co daje Ci flow? Co byś wybrał: tango czy medytację? 😉


 

[1] http://www.mindful.org/news/meditation-and-tango-are-more-similar-than-you-think

[2] Tanda – zestaw zazwyczaj 4 tang (lub 3 milong albo tango-walców) o podobnym charakterze, tańczony w jednej parze. Tandy są przedzielone cortinami – fragmentami muzyki innego typu, pozwalającymi na oddech, powrót na miejsca i zmianę partnerów.

[3]http://www.elizabethwartlufttango.com/blog/2014/9/14/tango-mindfulness-tuning-into-your-body-and-surroundings  (Tłumaczenie: Emilia Kędziorek)

[4] Milonga – tu: impreza taneczna z muzyką tangową.

[5] M. Williams, J. Teasdale, Z. Segal, J. Kabat-Zinn, Świadomą drogą przez depresję  (Tłumaczenie: Paweł Listwan)

[6] http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/23131367

[7] http://www.psmag.com/navigation/health-and-behavior/the-tango-as-anti-depressant-45798/

Na marginesie dodam, że w sprawie tego badania rodzi się we mnie mnóstwo pytań. Dlaczego zdecydowano się na program 6-tygodniowy? Większość badań nad skutecznością mindfulness dotyczy usystematyzowanego 8-tygodniowego programu MBSR. Nota bene także 6-tygodniowy kurs tanga to mniej niż minimum. Poza tym zajęcia medytacyjne trwały 1,5 godz (na standardowym kursie 2,5 godz) – być może chodziło o taki sam wymiar zajęć obu typów (zajęcia tangowe trwające 2,5 godz to mogłaby być katorga). Ale skoro wymiar miał być porównywalny, to czy obie grupy ćwiczyły w domu? Największą siłą zajęć wzorowanych na MBSR jest praca własna kursanta – bez niej właściwie ta przygoda nie ma sensu. Z drugiej strony jak ćwiczyć tango w domu codziennie przez pół godziny?! A może raz w tygodniu uczestnicy mieli iść na milongę czy praktykę?…

[8]http://www.selfgrowth.com/articles/Frost82.html  (Tłumaczenie: Kamila Klimas-Przybysz)

 

I jeszcze wykaz innych korzyści z tanga:
http://www.todotango.com/english/history/chronicle/450/The-benefits-of-Argentine-tango-dancing/