Camino znaczy „Droga”

camino de santiago

Kilka dni temu byliśmy z M. na filmie „Ślady stóp” („Footprints. The path of your life.”, reż.: Juan Manuel Cotelo, 2016). Film otworzył we mnie furtkę tęsknoty za Drogą i stwierdziłam, że muszę wrócić na bloga i wreszcie napisać o Camino de Santiago. A to w ogóle nie miało być tak. Zbierałam się i zbierałam, żeby zacząć regularnie pisać na blogu i nawet już miałam listę tematów. Ale gdyby nie ten film, nie napisałabym o Camino w styczniu! A jednocześnie to, że napiszę kiedyś o Camino, było oczywiste, od kiedy zdecydowałam się prowadzić mindfulnessowego bloga…

 

camino de santiago

 

„Ślady stóp” – film o Camino

Najpierw jednak o filmie. Dokumentalnym, dodajmy. Grupa dziesięciu Amerykanów przemierza w dość szybkim tempie Camino del Norte (i Primitivo), zmierzając do grobu św. Jakuba w Santiago de Compostela w hiszpańskiej Galicji. Obserwujemy ich początkowy entuzjazm, chwile zwątpienia, radości i cierpienia, wzruszenia i łzy. Jesteśmy świadkami odkryć… takich odkryć, których doświadcza każdy lub prawie każdy na tej Drodze: gdzie są nasze granice – fizyczne i psychiczne; jak mało tak naprawdę potrzebujemy w życiu; jak bardzo możemy być wdzięczni za to, że mamy gdzie spać, co jeść, że mamy ubranie czy buty, że mamy stopy, które nas niosą; że można iść/żyć/podążać własną drogą mimo bólu i cierpienia; jak można się zachwycić choćby drobiazgami: krową, deszczem, oceanem, zielenią łąki… Odkrywają wreszcie braterstwo i dowiadują się bardzo dużo o samych sobie. Chyba ten element kształtowania się wspólnoty drogi był dla mnie w tym filmie najciekawszy.

 

Słowo-klucz tutaj to DOŚWIADCZENIE. Bohaterowie filmu wyruszają na szlak przekonani, że coś wiedzą: o sobie, świecie, o swoim ciele, chodzeniu etc. Droga weryfikuje te przekonania – podobne opowieści usłyszycie z ust wszystkich, którzy ją przeszli. Ze względu na długość trasy i czas potrzebny na jej pokonanie, naprawdę zostajemy wyrwani z komfortu naszej codzienności i postawieni w sytuacji homo viator, który cały swój dobytek niesie na plecach i w sobie samym, który codziennie jest w innym miejscu, zmierzając do celu i w tej przestrzeni wolności zaczyna – mniej lub bardziej – przewartościowywać swoje życie. Nie spotkałam dotąd nikogo, na kim Camino nie wywarłoby swojego piętna, zmieniając jego sposób postrzegania siebie i codziennych wyzwań.

 

Uważność na Camino de Santiago

Co jednak Camino ma wspólnego z uważnością? Zdumiewająco dużo. Camino sprowadza pielgrzyma na ziemię, tzn. do tu i teraz. To tego jednego kroku. Do tego jednego oddechu. A w tym rytmie kroków i oddechów wszystko nabiera szczególnej wyrazistości: szczegóły przyrody, sygnały z ciała, wreszcie myśli i emocje, które rozbrzmiewają z niezwykłą siłą w przestrzeni naszej świadomości. Odkrywamy okruchy prawdy o sobie: o naszej prawdziwej słabości i równie prawdziwej sile. Do głosu dochodzi umysł początkującego. Odsłaniają się przed nami nasze rzeczywiste potrzeby: pięknem Camino jest zostawianie po drodze rzeczy, które wydawały nam się niezbędne, a tymczasem okazują się tylko ciężarem – ten mechanizm działa zarówno na poziomie dosłownym, jak i metaforycznym. Wszystko to zobaczycie na tym filmie, jeśli będziecie wystarczająco uważni.

 

 

Ostrzeżenie nr 1, które może być też zachętą: film ma mocny wydźwięk religijny. Bohaterowie są katolikami, idą razem z księdzem, codziennie uczestniczą w mszy i nie ukrywają, jak ważna jest dla nich wiara. A jest to wiara żarliwa i radosna, wynikająca z doświadczenia Boga, o czym prosto i pięknie mówią i czego dają świadectwo. Camino de Santiago nie jest jednak tylko dla katolików, chrześcijan czy w ogóle ludzi wierzących. Bogactwem tego szlaku jest m. in. to, że spotykają się na nim ludzie tak bardzo odmienni.

Ostrzeżenie nr 2: żeby wyjaśnić podłoże historyczne i legendarne (powołanie Jakuba i Jana, śmierć Jakuba i odkrycie jego grobu, objawienia w Covadonga itp.), reżyser umieścił w filmie nieco infantylne animacje. Ale da się przeżyć. I pośmiać. 🙂

Ostrzeżenie nr 3 czy może raczej wyjaśnienie: mimo że bohaterowie filmu idą właściwie trasą Norte-Primitivo, schodzą ze szlaku, żeby odwiedzić sanktuaria w Loyoli, w Covadonga oraz w Liebana. Właściwe Camino Primitivo nie wchodzi w wysokie góry (Picos de Europa), choć przyznaję, że film mnie zachęcił bardzo, żeby kiedyś też zrobić taki „skok w bok”.

 

Kiedyś… bo Camino „woła” – bardzo różnych ludzi w bardzo różnych momentach życia. Natomiast o peregrinos, którzy już kiedyś dotarli do celu, upomina się jak o swoich. Kiedy zobaczyłam na filmie wieże katedry w Santiago, nie mogłam powstrzymać łez wzruszenia. Zawsze tak reaguję i za każdym razem się sobie dziwię… tym bardziej, że reagowałam tak nawet jeszcze przed własną pielgrzymką! Jest w tym obrazie coś, co kojarzy mi się z wolnością, z sensem, z osiągnięciem celu i spełnieniem. I dlatego tęsknię. I obiecuję sobie powrót na Camino, kiedy to tylko będzie możliwe.

 

camino de santiago

 

Post scripta:

1) Ten tekst dedykuję Małgosi Jakubczak, prezesce Fundacji Polski Instytut Mindfulness i mojej Mentorce oraz Dorocie Bartyzel-Dukaczewskiej z Mindfulness Centrum, którym obiecałam tekst o Camino sto lat temu, a może i dawniej.

2) Moja subiektywna relacja z własnego Camino de Santiago w roku 2005 znajduje się TU, a trochę zdjęć TU.

3) Bardzo polecam radiowy reportaż „Droga, która ma swój cel”.

Jeśli podobał Ci się ten artykuł,
być może zechcesz otrzymywać powiadomienia o nowych postach
na e-mail.

Co Ty na to?


Obiecuję, że Twój adres posłuży jedynie do korespondencji między nami.