Akceptacja w cierpieniu – o krok dalej

„Akceptacja nie jest pełnym rezygnacji pogodzeniem się z twardymi realiami. Akceptacja to otwieranie się na rozmaite możliwości, a także na korzyści, które czasami towarzyszą naprawdę trudnym doświadczeniom.”
W sieci natrętnych myśli, Kelly Willson, Troy DuFrene

Różne odcienie cierpienia

W poprzednim odcinku zachęcałam Cię do przyjęcia czynnej akceptującej postawy wobec codziennych trudności i niedogodności. Pisząc to, miałam obawy, że artykuł jest zbyt oczywisty, bo wielu z nas jest przekonanych, że akceptacja wobec takich drobiazgów jak padający deszcz czy bolący ząb to pikuś (co tu w ogóle akceptować?!) – brak akceptacji pojawia się w nas dopiero przy „naprawdę trudnych doświadczeniach”. Co to jednak są te „naprawdę trudne doświadczenia”? Gdzie leży granica tego „naprawdę”? Przecież wiesz… granica leży w umyśle – Twoim, moim, każdego z nas. To, co dla Ciebie jest łatwe i nie stanowi w ogóle problemu, dla mnie może być wyzwaniem ponad moje siły. I na odwrót. To zależy od osobistych predyspozycji, od indywidualnej historii każdego z nas, ale też od tego, jak na podstawie wcześniejszych doświadczeń nasz umysł oceni daną sytuację i co my z tą oceną zrobimy… To jest jedna z tych prostych (???) rzeczy do akceptacji: że jesteśmy różni, mamy różną konstrukcję tak fizyczną, jak i psychiczną, i możemy cierpieć z naprawdę różnych powodów.

Akceptacja własnych ran

Ale, ale! Jedni potrafią dewaluować cudze trudności („Daj spokój! Przecież to nic takiego!”), inni (a czasem ci sami) próbują przekonać samych siebie, że nie mają powodów (lub prawa) do cierpienia. Przecież to nic takiego. Inni jakoś sobie z tym radzą… Żeby to wszyscy mieli tylko takie problemy! Wybacz, ale to nie jest akceptacja. Akceptacja zaczyna się od zauważenia i przyjęcia tego, że coś powoduje w nas ból. Akceptacja zdąża do przyjęcia siebie z całym dobrodziejstwem inwentarza: także z tymi czułymi, bolesnymi punktami, które ukrywamy głęboko i często wstydliwie. „Rana to miejsce, przez które wnika światło” – powiedział Rumi. Małe ranki też. Tym bardziej, że często są okruchami jakiegoś większego schematu cierpienia…

Mantra samowspółczucia

Co więc robić, kiedy pojawia się w nas opór wobec tego, co nas spotyka? Cóż, uznać, że to boli. Zachęcam Cię do zatrzymania się na chwilę, nawiązania kontaktu z ciałem i z oddechem, i powiedzenia sobie otwarcie (być może kilka razy): „To jest chwila cierpienia. Cierpienie jest częścią życia. Obym był/-a życzliwy/-a dla siebie w tej chwili.” Ta mantra samowspółczucia wg Kristin Neff pozwala na łagodne godzenie się z trudnymi elementami codzienności – niezależnie od tego, jaką wartość „trudności” przypisujesz im na skali 1-10. Proponuję Ci jednak, aby nie czekać z nią, aż pojawi się trudność nr 10 czy 9. Jeśli nie nauczysz się przyjmować, czyli akceptować, trudnych „drobiazgów”, z dużym prawdopodobieństwem to wielkie cierpienie Cię przytłoczy. A przecież przyjdzie. Czyjaś śmierć. Choroba. Bolesne rozstanie. Wtedy będzie za późno, żeby dopiero uczyć się życzliwości dla siebie… Zacznij już teraz.

Jeżeli chcesz popraktykować przyjmowanie trudności w Twoim życiu, możesz też pobrać medytację „Przestrzeń na oddech ze współczuciem” (zostaniesz poproszona/-y o podanie adresu mailowego) lub/i jeśli masz już za sobą ośmiotygodniowy kurs mindfulness, zapisać się na kurs pogłębiający aspekt współczucia: Mindfulness-Based Compasionate Living.

Źródło zdjęcia: Madison Inouye from Pexels

Dodaj komentarz